Polska kolonia nad Morzem Śródziemnym

Podziel się!
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

 Nie będzie przesadą stwierdzenie, że jednym z poważnych czynników przyciągających polskich Żydów do Tel Awiwu był właśnie język polski.

Na dziesięciu przechodniów co najmniej 6–7 rozumiało język polski

W latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy Tel Awiw jeszcze nawet nie był małą mieściną, ale osadą w pobliżu Jafy, zamieszkanej przeważnie przez Arabów, krążył po tym osiedlu dowcip o dwóch Żydach, którzy spotkali się na jednej z uliczek. „Jak się masz? Kopę lat cię nie widziałem” – zawołał łamaną hebrajszczyzną jeden z nich, ze wzruszeniem obejmując przyjaciela. „Chyba nie oczekujesz ode mnie, abym w taki upał się wysilił i odpowiadał po hebrajsku” – odpowiedział zagadnięty. „Co? – zdziwił się pierwszy. – Nie znasz jeszcze hebrajskiego? To jak sobie radzisz w życiu?” „Nie rozumiem twojego pytania. Przecież znam polski!”…

W owym czasie i jeszcze wiele lat później, mimo że językiem urzędowym w Izraelu był rzecz jasna hebrajski, „panującym” językiem Tel Awiwu w dużym stopniu był polski. Gdy przed ponad półwieczem zamieszkałem w położonym nieopodal Holonie, zwanym przez nowo przybyłych imigrantów z Polski Gomułkowem, na wielu telawiwskich ulicach można było natknąć się na szyldy w języku polskim. Notabene – dzięki takiemu właśnie polskiemu szyldowi z napisem „Echo Tygodnia” udało mi się po przybyciu do Izraela znaleźć pierwszą w nowym kraju pracę w redakcji polskiego tygodnika. Obchodzący obecnie swoje stulecie Tel Awiw swój ogromny rozkwit w latach dwudziestych ubiegłego wieku zawdzięcza w znacznej mierze bezpośrednio polskim Żydom, a pośrednio… rządowi polskiemu. W pierwszym okresie w ramach emigracji do Palestyny wyjeżdżali przeważnie ludzie młodzi, tak zwani chaluce, czyli pionierzy, których życiowym celem była praca na roli. W ich przekonaniu powrót po wiekach do ziemi praojców powinien być jak najbardziej dosłowny, i dlatego praca na roli była w oczach tych młodych zapaleńców – synów kupców i inteligentów żydowskich z polskich miast i miasteczek – nie tylko źródłem utrzymania, ale wręcz narodowym powołaniem. Opuszczając kraj swoich rodziców, chcieli zerwać z całą wypaczoną, ich zdaniem, strukturą żydowskiego życia w dawnej ojczyźnie.

Poniżej polski film dokumentalny z 1939 roku…

 

Po przybyciu do Palestyny – z hebrajska Erec Israel, czyli Ziemia Izraela – albo zakładali nowe kibuce, czyli kolektywne gospodarstwa rolne, albo też przyłączali się do tych już istniejących. Mimo stosunkowo szybkiej adaptacji do nowej rzeczywistości, tak bardzo odmiennej od warunków ich życia w Warszawie, Krakowie czy Łodzi, nie zrywali jednak więzów z domem i gdy któryś z nich otrzymywał list z Polski, dzielił się informacjami z przyjaciółmi, którzy rzecz jasna żywo interesowali się tym, co się dzieje w starym kraju.

Tel Awiw znaczy po hebrajsku „Wzgórze Wiosny” i tajemnicą pozostaje odpowiedź na pytanie, dlaczego założyciele tego miasta, położonego nad rzeką Jarkon u jej ujścia do Morza Śródziemnego, wpletli w jego nazwę słowo „wzgórze”. W protokołach z posiedzeń zarządu grupy założycieli, żydowskich mieszkańców arabskiej wtedy Jafy, nie ma na ten temat żadnej wzmianki. Jest natomiast bardzo ciekawa wzmianka o… Warszawie i Łodzi. Na jednym z posiedzeń telawiwskiej rady gminnej – zarządu miasta jeszcze wtedy nie było – omawiano sprawę szerokości głównej ulicy, która później otrzymała imię brytyjskiego generała (następnie marszałka) Edmunda Henry’ego Hynmana Allenby’ego, w czasie I wojny światowej dowódcy zwycięskiej armii brytyjskiej, która w bitwie pod Megido w roku 1918 rozbiła armię turecką i ostatecznie wyzwoliła Ziemię Świętą spod 400-letniej władzy tureckiej. Toczyła się wówczas ożywiona dyskusja na temat tego, czy budowana właśnie ulica powinna mieć sześć czy też dwanaście metrów szerokości. Niektórzy domagali się 12 metrów, „bo tak wyglądają ulice w największych miastach Europy”, inni natomiast uważali, że nie ma sensu budowanie w Tel Awiwie kopii paryskich Pól Elizejskich. W końcu osiągnięto kompromis – nowa ulica szerokością nie będzie przypominała paryskich Pól Elizejskich, tylko ulicę Marszałkowską w Warszawie czy Piotrkowską w Łodzi.

Idea budowy nowego miasta zrodziła się na początku ubiegłego wieku, w roku 1903, gdy grupa inicjatorów postanowiła założyć na piaskach położonych na północ od Jafy żydowską dzielnicę, którą nazwano Achuzat Bajt („dom na włościach”). Z biegiem lat dzielnica przekształciła się w miasto – właśnie Tel Awiw – które zaczęło się gwałtownie rozwijać i rozbudowywać dzięki nowemu wtedy rządowi Rzeczypospolitej Polskiej. Jak to się stało i w jaki sposób rząd RP wpłynął na rozwój Tel Awiwu?

Otóż w grudniu 1923 roku Sejm Polski powierzył misję utworzenia pozaparlamentarnego rządu fachowców ekonomiście i działaczowi Narodowej Demokracji Władysławowi Grabskiemu, który w rządzie tym objął także tekę ministra skarbu. W walce z szalejącą inflacją Grabski opracował i przystąpił natychmiast do realizowania głębokich reform gospodarczych, które wiązały się ze znacznym obciążeniem podatkami warstw średnich, do których w Polsce w owych latach zaliczało się także żydowskie mieszczaństwo. Ta polityka przykręcania śruby podatkowej stała się jedną z przyczyn masowej – jak na owe czasy – emigracji żydowskiej do Palestyny. Po raz pierwszy wśród przyjezdnych znaleźli się nie tylko ludzie bardzo pobożni, którzy pragnęli zostać pochowani w Ziemi Świętej, czy też młodzi ideowcy, którzy chcieli tę ziemię uprawiać i unowocześniać, ale także bardzo wielu polskich Żydów zaliczających się do mieszczaństwa. A ta warstwa społeczna była wszędzie – a szczególnie w Polsce, czyli państwie dopiero co odrodzonym po wielu dziesięcioleciach zaborczego poddaństwa – wyjątkowo zróżnicowana pod względem stanu majątkowego, struktury zawodowej, stopnia rozwoju kulturalnego itp. i obejmowała zarówno wielkich, jak i drobnych kupców, właścicieli fabryk i drobnych rzemieślników, bankierów i biedaków, szerokie rzesze inteligencji różnych specjalności i zawodów itp. Ich dążeniem nie była uprawa roli, a sam charakter ich społeczno-gospodarczej działalności związany był z dużymi miastami oraz z typowymi dla Polski małymi miasteczkami, sztetlami. Tak się szczęśliwie złożyło, że przyjazd do nowego kraju zbiegł się z okresem powstawania i rozwoju Tel Awiwu. Ta fala żydowskiego osadnictwa z lat 1924-1926 została nazwana „czwartą falą imigracji” lub „imigracją Grabskiego”.

W ciągu bardzo krótkiego czasu oblicze miasta zmieniło się diametralnie. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać sklepy i sklepiki, na skrzyżowaniach ulic pojawiły się kioski z napojami chłodzącymi, w różnych miejscach powstawały warsztaty rzemieślnicze. Tel Awiw w coraz bardziej widoczny sposób nabierał charakteru europejskiego.

 
Tak więc w latach dwudziestych ubiegłego wieku struktura społeczna emigracji żydowskiej z Polski uległa dość zasadniczej zmianie. Do Palestyny zaczęła masowo, jak na owe czasy, wyjeżdżać nie tylko kierowana ideą syjonistyczną młodzież, ale także ich rodzice – kupcy, rzemieślnicy, urzędnicy, lekarze, inżynierowie i adwokaci. Do Jerozolimy jechali głównie ludzie religijni, bo tam czuli się „bliżej Boga”. Obok zaczynającego się dopiero rozwijać Tel Awiwu istniało już wtedy w Palestynie duże, jak na miejscową skalę, rozwinięte miasto portowe – Hajfa. Jednak to nie ona była atrakcyjna dla imigrantów z Polski, ale właśnie dopiero powstający i nabierający kształtu dużego miasta Tel Awiw. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że jednym z poważnych czynników przyciągających polskich Żydów do Tel Awiwu był właśnie język polski. Na dziesięciu przechodniów co najmniej 6–7 rozumiało język polski, więc łatwiej się było z tym miejscem oswoić i w nim zadomowić.

Dokładnie przed pół wiekiem, gdy już od ponad dwóch lat mieszkałem w Tel Awiwie, w rozmowie ze starym telawiwczykiem dowiedziałem się zupełnie przypadkowo, że jedna u ulic miasta nosi imię Adama Mickiewicza. Gdy dałem wyraz swojemu zdumieniu, zaznaczając, że jest mało prawdopodobne, aby ulicę w jednym z największych miast Polski nazwano imieniem np. Jehudy Halewiego czy Chaima Nachmana Bialika, mój rozmówca dodał, że niedaleko ulicy Mickiewicza znajduje się też ulica Elizy Orzeszkowej. Wtedy zdecydowałem się sprawę wyjaśnić po dziennikarsku. Postanowiłem zbadać w Zarządzie miejskim Tel Awiwu, kiedy i w jakich okolicznościach obu tym ulicom nadano polskie nazwy. Kilku pierwszych urzędników, których spytałem, jak dotrzeć do protokołów Zarządu miasta sprzed kilkudziesięciu lat, spojrzało na mnie, jakbym przed chwilą uciekł z zakładu dla obłąkanych. W końcu dokopałem się do potrzebnych dokumentów – w archiwum miejskim przechowywane są między innymi sprawozdania ze wszystkich posiedzeń; początkowo rady dzielnicowej Achuzat Bajt, a później Rady Miejskiej Tel Awiwu (status miejski Tel Awiw otrzymał od wysokiego komisarza, który z ramienia Wielkiej Brytanii zarządzał ówczesną Palestyną, dopiero w roku 1923). Ale byłem chyba pierwszym w historii tego miasta człowiekiem, który zainteresował się sprawozdaniem z posiedzenia, na którym zapadły różne decyzje dotyczące okresu sprzed kilkudziesięciu lat. A że w owym okresie komputerów jeszcze nie było, stare dokumenty ułożone w skrzynkach przechowane były nie w archiwum, ale w magazynie.

 
mick
 
Po dłuższych poszukiwaniach, przy uprzejmej i nieocenionej pomocy kierownika archiwum miejskiego, który był niezwykle ciekaw, czego właściwie szukam w tych dokumentach sprzed dziesiątków lat, udało się odnaleźć protokół posiedzenia Rady Miejskiej Tel Awiwu z dnia 29 stycznia 1950 roku. Jak wynika z pożółkłych kart starego protokołu, na posiedzeniu tym przyjęta została uchwała nr 6044 w sprawie nadania wielu ulicom nowych nazw. Do czasu proklamowania niepodległości Izraela w maju 1948 wiele ulic w Tel Awiwie i sąsiedniej Jafie nazywano nazwiskami ludzi związanych z okresem brytyjskiej i wcześniejszej jeszcze tureckiej władzy w Ziemi Świętej. W latach 1948–1949 trwała wojna, zwana w historii Izraela „Wojną Wyzwoleńczą”, nic dziwnego zatem, że ojcowie miasta nie bardzo mieli czas zająć się sprawą nazewnictwa ulic. W tym czasie także zapadła decyzja włączenia Jafy jako dzielnicy do sąsiedniego Tel Awiwu. Zarząd miejski powołał więc specjalną komisję, która miała przedłożyć projekt zmiany niektórych nazw ulic w połączonym mieście. Właśnie na posiedzeniu w dniu 29 stycznia 1950 roku uchwałą nr 6044 Zarząd miejski Tel Awiwu jednogłośnie zatwierdził listę z przedłożonymi propozycjami. Na liście tej – obok ulic, które otrzymały imiona wielu wybitnych osobistości, zasłużonych dla literatury, nauki i walki o wolność – znalazły się także ulice Elizy Orzeszkowej i Adama Mickiewicza.

Adam Mickiewicz zawdzięcza swoje wyróżnienie „na telawiwskim bruku” nie tylko postaci Jankiela. Niezwykle życzliwy stosunek Mickiewicza do narodu żydowskiego, który znalazł wyraz także – jak podkreśla wspomniany protokół – w wysiłkach poety zmierzających do utworzenia Legionu Żydowskiego nakazał emigrantom z Polski dać wyraz swej wdzięczności dla wieszcza.

W uzasadnieniu wniosku o nazwanie jednej z ulic imieniem Elizy Orzeszkowej czytamy, że była ona „wielką pisarką polską, odważną bojowniczką o interesy biednego ludu i działała na rzecz krzewienia wśród niego oświaty; szczególną wrażliwość okazywała dla cierpień Żydów”. Nic więc dziwnego, że wnukowie Meira Ezofowicza i Elego Makowera, przybywając do swojej historycznej ojczyzny, uwiecznili w niej pamięć wielkiej pisarki. Ówczesny burmistrz Tel Awiwu, pochodzący z Krakowa Israel Rokach, uzasadniając nadanie ulicom imion Mickiewicza i Orzeszkowej, podkreślił ich „wielki wkład do skarbnicy kulturalnej całej cywilizowanej ludzkości”.

Nazajutrz po przyjęciu uchwały o niemal masowej zmianie nazw ulic, stanowiących – jak wspomniałem – pozostałość po okresie panowania tureckiego i brytyjskiego w Ziemi Świętej, rozpisała się o tym cała prasa, przy czym ze szczególnym uznaniem spotkało się wyróżnienie dwóch wielkich polskich pisarzy, nazwanych przez niemal wszystkie gazety „sprawiedliwymi wśród narodów świata”. A było to – godzi się podkreślić – na długo przed powołaniem w Izraelu Instytutu Pamięci Narodowej Yad Vashem i ustanowieniu przez tę instytucję tytułu „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata”.

Mickiewicz i Orzeszkowa nie są – jako Polacy – odosobnieni w nazwach ulic tego miasta.

Nie ma też chyba w Ziemi Świętej większego miasta, w którym nie zostałby uczczony Fryderyk Chopin. A w Tel Awiwie i okolicy nie ma człowieka, który by nie znał nazwiska warszawskiego lekarza-okulisty rodem z Białegostoku – dra Ludwika Zamenhofa. W świadomości telawiwczyków nazwisko jego nie kojarzy się jednak ze stworzonym przez niego międzynarodowym językiem esperanto – o którym chyba niewielu wie – ale z… Kasą Chorych. Jest chyba czystym przypadkiem, że właśnie na małej uliczce w centrum miasta, noszącej imię Zamenhofa, znajdowała się (powoli przenoszona stamtąd do bardziej nowoczesnych budynków) centralna przychodnia izraelskiej Kasy Chorych. Z małej ankiety przeprowadzonej przez mnie wśród przypadkowych przechodniów wynika, że niemal wszyscy są przekonani, iż Zamenhof był jednym z założycieli tejże Kasy lub przynajmniej jednym z jej czołowych lekarzy.

W pewnej dzielnicy Tel Awiwu nazwy niemal wszystkich ulic odnoszą się do polskich realiów. Jest więc ulica Gminy Warszawskiej, ulica Gminy Krakowskiej, Gminy Lubelskiej, Gminy Poznańskiej, Gminy Łódzkiej, Gminy Katowickiej, ulica Sejmu Czterech Ziem, ulica Gminy Białostockiej, i tak dalej. Zresztą Białystok doczekał się w Izraelu nie tylko ulicy, ale wręcz dużego osiedla, Kiriat Białystok, założonego przez imigrantów z tego miasta. Dodajmy, że w języku hebrajskim słowo “gmina” oznacza ogół mieszkańców.

 

Jest też w Tel Awiwie wiele ulic nazwanych imionami członków Sejmu w Polsce w latach 1918–1939, jak dr. Ignacego Schipera, prof. Ozjasza Thona i innych.

Wróćmy do współczesności. Życiu w tym mieście towarzyszy od wielu lat atmosfera pewnego napięcia. Oprócz nerwowości trybu życia, typowej dla każdego wielkiego miasta, odczuwa się tu pewne napięcie wynikające z bezustannego zagrożenia arabskim terroryzmem. Jak wiemy, do wszystkiego człowiek może przywyknąć, więc telawiwczycy przyzwyczaili się już do tego, że przy wejściu do sali koncertowej, do kina czy supermarketu muszą otwierać teczki i torebki przed ochroniarzami, którzy sprawdzają, czy nie ma w nich ukrytej broni. Z przyzwyczajenia mieszkańcy Tel Awiwu zwracają uwagę na każdy pozostawiony bez opieki tobołek czy paczkę i zgłaszają to najbliższemu patrolowi policji czy wojska. Nie oznacza to, rzecz jasna, że życie mieszkańców „Wzgórza Wiosny” upływa na ciągłym poszukiwaniu podłożonych przez terrorystów ładunków wybuchowych, jednak ten dodatkowy stres towarzyszy im na co dzień.

Jak każde miasto założone przez imigrantów z różnych krajów, Tel Awiw jest wielojęzyczny. W ostatnich latach niewątpliwie prym wiedzie – oczywiście obok hebrajskiego – język rosyjski. Niemal na każdym kroku nie tylko słyszy się ten język, ale widzi się także szyldy i napisy cyrylicą w oknach wystawowych. W pewnym sensie rosyjski wyparł w Tel Awiwie język polski, który jeszcze przed kilkunastoma laty niemal panował w tym mieście.

Tel Awiw jest miastem stosunkowo młodym, a fakt, że zakładany był przez przybyszów z Europy, odcisnął widoczne ślady na każdym kroku. Tak np. pierwsze większe domy zarówno mieszkalne, jak i użyteczności publicznej – z bardzo małymi wyjątkami – zaprojektowane zostały przez architektów niemieckich, więc w najstarszej części miasta przeważa styl Bauhausu. Nie ma tu tak charakterystycznych dla miast europejskich kamienic, przylegających jedna do drugiej i stanowiących swoisty „mur” z głębokimi, obudowanymi ze wszystkich stron podwórkami, do których prowadzi wielka brama frontowa. W Tel Awiwie domy są wolno stojące, to znaczy mają okna ze wszystkich czterech stron i według przepisów budowlanych między budynkami musi być określony pas wolnej przestrzeni. Każdy centymetr tego wolnego miejsca wykorzystywany jest do hodowania rozmaitych krzewów czy trawy. Dlatego też Tel Awiw robi wrażenie miasta tonącego w zieleni. I mimo kilkuletniej suszy i związanych z nią zarządzeń władz zabraniających podlewania trawników, zielone plamy między domami nie znikają.

Ciekawy jest fakt, że mimo położenia geograficznego i wchłonięcia orientalnej Jafy, w budownictwie nowego miasta niemal niedostrzegalne są wpływy architektury wschodniej. Jest to efekt nawiązywania przybyszy do ich europejskich korzeni i zachowania odmiennej tożsamości w otaczającym morzu Orientu.

Okres masowej imigracji po powstaniu niepodległego Izraela wymuszał masowe, szybkie i tanie budownictwo mieszkaniowe, powstało więc kilka dzielnic tzw. szikunów, czyli kwadratowych brył z cegły i betonu. W Izraelu używa się cegieł nie wypalanych, nie są więc koloru czerwonego, ale szare, nowe dzielnice straszyły zatem wszechobecną szarzyzną. Po kilku niezbyt udanych próbach odnowienia owych dzielnic i nadania im bardziej żywego kolorytu, coraz częściej są one całkowicie przebudowywane i miejsce starych wyburzanych bloków zajmują nowoczesne budynki, w stylu raczej amerykańskim. Ten importowany zza oceanu styl zapanował początkowo niepodzielnie w budownictwie hotelowym – wzdłuż ulicy Hajarkon, przebiegającej równolegle do brzegu morskiego, powstało kilkanaście ogromnych kompleksów hotelowych w takim właśnie amerykańskim stylu. W kilku ostatnich latach pojawiły się też typowo amerykańskie apartamentowce i biurowce, wspinające się na kilkadziesiąt pięter. Obecnie trwają prace wykończeniowe przy budowie 60-piętrowego gmachu mieszkalnego w centrum miasta.

Tel Awiw określa się mianem „miasta bez przerwy”. Wiele z rozsianych po całym mieście kawiarń i restauracji oraz najrozmaitszych lokali rozrywkowych czynnych jest niemal całą dobę. Przy tym Tel Awiw jest chyba jednym z nielicznych wielkich miast na świecie, po których można spokojnie i bezpiecznie spacerować przez całą noc.

Tel Awiw stanowi także centrum gospodarcze Izraela – tu mieszczą się centrale wszystkich wielkich izraelskich banków i koncernów. Ale miasto to jest nie tylko silnym ośrodkiem gospodarczym, ale także naukowym i kulturalnym. Izraelska Orkiestra Filharmoniczna – założona w roku 1938 przez światowej sławy polskiego skrzypka Bronisława Hubermana – mająca swą siedzibę w nowoczesnym Pałacu Kultury im. Manna, zalicza się do najlepszych na świecie orkiestr symfonicznych. W Tel Awiwie znajdują się liczne sale koncertowe i kilkanaście teatrów (m.in. przebudowywany obecnie słynny teatr Habima, założony w roku 1909 jeszcze w Moskwie przez Konstantina Stanisławskiego i Jewgienija Wachtangowa), wiele muzeów oraz ogromna i bardzo nowoczesna opera – co w sumie czyni z tego miasta kulturalną metropolię Izraela.

Dzięki rozległej plaży ciągnącej się wzdłuż całego wybrzeża Tel Awiw jest także prężnym ośrodkiem turystycznym. Dla gości z Europy niezwykłą atrakcję stanowi możliwość kąpieli morskiej nawet w grudniu czy styczniu, jeśli nie pada deszcz. Nieraz temperatura w tych miesiącach przekracza 25 stopni, a woda w Morzu Śródziemnym jest zimą cieplejsza od tej w Bałtyku w miesiącach letnich. Podziw zagranicznych turystów budzi także zamiłowanie telawiwczyków do tańca. W każdą sobotę czy dzień świąteczny przed południem na wielkim placu położonym między jednym z wielkich hoteli a plażą tłumy ludzi, młodych i starych, tańczą w takt muzyki rozlegającej się z potężnych głośników.

Mimo dość intensywnej w ostatnich latach ‚amerykanizacji życia” w Tel Awiwie, nie tylko zresztą pod względem architektonicznym, trudno jest uciec od faktu, że miasto to leży na wschodnim brzegu Morza Śródziemnego, między Egiptem na południu a Libanem na północy. Przypomina o tym nie tylko gorący podzwrotnikowy klimat, który zresztą powoduje, że w okresie szczególnie gorącego lata około 10 proc. Izraelczyków szuka schronienia w bardziej przyjaznych klimatycznie krajach Europy. Z tym gorącym klimatem mieszkańcy Tel Awiwu próbują zmagać się „po amerykańsku”, to znaczy instalują klimatyzację w mieszkaniach, autobusach i samochodach. Wszystkie nowe samochody z reguły zaopatrzone już są w to urządzenie, podobnie jak wszystkie nowo budowane mieszkania.

Ale w całej tej nowoczesnej otoczce są i prawdziwe oazy o orientalnym charakterze. Są to tzw. szuki, czyli bazary owocowo-warzywne, jakich jest w mieście kilka. Przyciągają one nie tylko kupujących – towar jest tam zawsze najlepszej jakości i dużo tańszy niż w sklepach – ale także turystów, których zachwyca widok bajecznie kolorowych kramów i straganów. Na dobrą sprawę ten utrzymany we wschodnim klimacie bazar jest jedną z ostatnich oznak, że mimo europejskich korzeni jego mieszkańców i amerykańskiego tempa życia Tel Awiw należy do świata Orientu.

 
 
Aleksander Klugman
 

 

 

 

 


Podziel się!
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *