Andrzej Koraszewski o „rozwiązaniu w postaci 50 państw”

Podziel się!
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Chwilami trudno pozbyć się wrażenia, że świat kręci się wokół Izraela i konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Rada Bezpieczeństwa gwiżdże na wojny i zagrożenia, zajmuje się osiedlami (oczywiście żydowskimi osiedlami, bo jakimi ma się zajmować), Rada Praw Człowieka z Arabią Saudyjską na czele, zajmuje się taśmowym potępianiem praw człowieka przez Żydów, odchodzący prezydent największego mocarstwa świata obwieszcza, że Izrael nie może być równocześnie państwem demokratycznym i żydowskim, że musi coś wybrać.

Nikt nie pyta, czy Francja może być państwem francuskim i demokratycznym równocześnie, ale w przypadku Żydów wiadomo, że sprawy mają się przecież zupełnie inaczej. Francuzi właśnie organizują wielką konferencję na rzecz rozwiązania w postaci dwóch państw. Gdzie? Jak to gdzie? Każde dziecko wie gdzie. Unii Europejskiej grozi rozpad, ale konferencji o rozwiązaniu w postaci 28 państw jakoś nikt nie zapowiada. Kto wie, może powinna to być najpilniejsza sprawa dla nas, Europejczyków, ale wymagałoby to naruszenia chrześcijańskich tradycji naszej europejskiej cywilizacji, a na to zgody nie ma.

10355721 589379467827600 7396497930422182549 n
Rys. שי צ’רקה Shay Charka

Przeczytałem właśnie artykuł amerykańskiego przedsiębiorcy z Ohio o rozwiązaniu w postaci 50 państw. W amerykańskiej publicystyce pod takim tytułem czytelnik oczekuje rozważań o strategii wyborczej (obliczonej na rozłożenie sił na 50 stanów), albo planów rozwoju gospodarki, zmierzających do wyrównania poziomu gospodarczego we wszystkich stanach, albo reformy oświatowej lub czegokolwiek dotyczącego spraw wewnętrznych Stanów Zjednoczonych.

Larry Levine w swoim tak dziwnie zatytułowanym artykule  pisze jednak o sprawach poważniejszych, czyli o tym, co frapuje cały świat. Już w pierwszym zdaniu przypomina, że schodzący ze sceny sekretarz stanu, John Kerry, właśnie obwieścił, iż żydowskie osiedla są źródłem wszystkich problemów naszej planety. Sekretarz stanu sam tego nie wymyślił (nikt go o to nie podejrzewa), jest to bowiem stanowisko jego pryncypała i całej odchodzącej administracji amerykańskiej. Autor przypomina, że niedawna Arabska Wiosna nie miała nic wspólnego z osiedlami i zmieniała się w Arabską Zimę również bez widocznego związku z żydowskimi budynkami stojącymi w Jerozolimie czy w Judei.       

Dlaczego zatem Organizacja Narodów Zjednoczonych jest zjednoczona nienawiścią do jednego maleńkiego państwa, które bez szkła powiększającego trudno wypatrzeć na mapie (i to nawet takiej, na której jest zaznaczone).

Amerykański przedsiębiorca z Ohio zwraca uwagę na fakt, że jest 50 krajów, w których muzułmanie stanowią zdecydowaną większość i które reprezentują ponad miliard wyznawców islamu, że mamy 22 państwa arabskie, co jak pisze oznacza, że te państwa automatycznie zajmują stanowisko antyizraelskie w każdym głosowaniu w ONZ. Zachowania pozostałych krajów z większością muzułmańską też są pewne jak w banku. W krajach zachodnich muzułmanie stanowią coraz większą część elektoratu i pamiętajmy o interesach – świat muzułmański to ogromny rynek zbytu i rynek ważnych surowców. Więc jeśli nas dziwi ta koncentracja uwagi Organizacji Narodów Zjednoczonych na Izraelu, to może niesłusznie. Autorytet ONZ powinien każdego przekonać, że Izrael to największy na świecie grzesznik, jeśli idzie o pogwałcenia praw kobiet, nawet nie wspominając o prawach człowieka.

Jak przypomina Larry Levine, w Radzie Praw Człowieka wydaje się siedmiokrotnie więcej rezolucji potępiających Izrael niż całej reszty świata. Ten organ, w którym rej wodzi Arabia Saudyjska, Filipiny (których prezydent chwalił się niedawno, że osobiście wyrzucał ludzi z helikoptera do morza), Wenezuela, Chiny, Kuba i wiele innych, od rana do nocy zajmuje się niemal wyłącznie Izraelem. 

Jest ponad miliard muzułmanów – pisze dalej amerykański autor – w 50 muzułmańskich krajach, Arabowie (22 kraje i 350 milionów muzułmanów) mają ropę naftową i góry pieniędzy. Izraelczycy mają… Izraelczyków. Czy Arabowie rzeczywiście potrzebują tego maciupkiego kawałka ziemi pod nazwą Judea? Levine nie jest przekonany.    

Zadaje naiwne pytanie ilu Żydów mieszka w Arabii Saudyjskiej, Kuwejcie, Libanie, Syrii, Egipcie, Jemenie, czy Sudanie. No cóż, zero, nie ma tam Żydów, kiedyś byli. Więcej Żydów uciekło z tych krajów do Izraela niż Arabów uciekło z Izraela.      

Wrogowie Izraela powtarzają mantrę, że Izrael musi zrobić więcej ustępstw, by osiągnąć pokój. (Czasem dodają, że będzie to sprawiedliwy i trwały pokój gwarantujący bezpieczeństwo.) Ze zdaniami, w których jest słowo „pokój” nie dyskutuje się – przypomina Levine.

Być może dla Arabów słowo pokój ma zupełnie inne znaczenie, może oznacza daj i wtedy powiedzenie, że islam jest religią pokoju staje się bardziej zrozumiałe.

Przez lata próbuje się nas przekonać, że mamy do czynienia z jakimś konfliktem między Izraelczykami i jakąś lokalną grupką Arabów, przez lata jesteśmy oszukiwani, chociaż jest zupełnie oczywiste, że jest to arabska i muzułmańska wojna Arabów i reszty muzułmanów z Izraelem.

Larry Levine ma propozycję rozwiązania: 50 krajów dla Arabów i innych muzułmanów i jeden dla Żydów. Żydzi (w odróżnieniu od Arabów), nie mają nic przeciwko posiadaniu arabskiej mniejszości.       

Amerykański przedsiębiorca, publicysta (okazjonalnie również aktor komediowy) w rzeczywistości nie daje rozwiązania problemu arabskiej ludności Zachodniego Brzegu i Gazy. Proponuje zaledwie zmianę perspektywy, uświadamia to, co w gruncie rzeczy wszyscy doskonale wiedzą. W Gazie rządzi fanatyczna terrorystyczna organizacja, sama Gaza jest bazą terrorystyczną zaopatrywaną w broń i pieniądze przez Iran, Turcję, Katar i innych. Ameryka i Europa udają, że istnieje jakieś społeczeństwo palestyńskie, które ma demokratyczną reprezentację mającą mandat tego społeczeństwa do rozmów o pokoju.

„Palestyna” ma prezydenta, którego mandat wygasł osiem lat temu, co ani w Paryżu, ani w Waszyngtonie nikomu nie przeszkadza. Wszyscy wiedzą, że ten „partner pokojowy” albo  zostałby natychmiast zabity, albo tylko odsunięty od władzy z chwilą powstania państwa.

Niestety rozwiązanie w postaci 50 państw oznacza zachowanie status quo i rozpoczęcie od zera drogi do pokojowych negocjacji, przy założeniu, że Zachód przestanie otwarcie tolerować terror, przestanie ulegać terrorystom, będzie domagać się reform systemu oświatowego, będzie rozliczał pomoc finansową z tego, co jest robione przez władze Autonomii dla społeczeństwa palestyńskiego, a nie dla wzmocnienia infrastruktury i ducha terroru.

Rozwiązanie w postaci 50 państw jest dobrym punktem wyjściowym do zakończenia udawania, że żydowski dom jest centralnym problemem naszej planety. Chwilowo jednak nikt nie planuje konferencji na temat rozwiązania w postaci 50 państw.

W niedzielę 15 stycznia zacznie się trzydniowa konferencja w Paryżu na temat rozwiązania w postaci dwóch państw. Głównymi uczestnikami będzie nadal (do 20 stycznia) amerykański sekretarz stanu John Kerry i nadal „prezydent” Autonomii Palestyńskiej Abbas (Abu Mazen). Francuscy organizatorzy tej konferencji postanowili nie przemęczać jej uczestników i przygotowali końcowe oświadczenie (które niestety wyciekło do prasy). W tym końcowym oświadczeniu czytamy:

“… Uczestnicy [konferencji] spotkali się w Paryżu 15 stycznia 2017 roku by potwierdzić swoje poparcie dla sprawiedliwego, trwałego i wszechstronnego rozwiązania izraelsko-palestyńskiego konfliktu. Potwierdzili, że wynegocjowane rozwiązanie z dwoma państwami, Izraelem i Palestyną, żyjącymi obok siebie w pokoju i bezpieczeństwie, jest jedyną drogą do osiągnięcia trwałego pokoju.”

Mógłby ktoś pomyśleć, że autorzy tego „projektu” oświadczenia końcowego pisali je w dobrej wierze, to znaczy z autentyczną nadzieją, że działają na rzecz pokoju. Okazuje się, że nawet w redakcji osławionej gazety izraelskiej lewicy „Haaretz” nie było aż tak naiwnych, żeby w to uwierzyć i opublikowano ten dokument jako kompromitujący.

Izrael dawno zapowiedział, że nie zamierza w tym cyrku brać udziału, a mieszkająca w Stanach Zjednoczonych  egipska działaczka na rzecz faktycznego uznania Izraela przez kraje arabskie, Nonie Darwish, napisała nawet,  co Donald Trump powinien zrobić, aby przybliżyć perspektywę pokoju między Arabami i Żydami.  

Ja bardzo Państwa przepraszam, ale mam nadzieję, że przedstawiciel rządu z ramienia PiS może mnie tym razem pozytywnie zaskoczyć i oświadczyć, że proponowane oświadczenie jest produktem chorych umysłów. Nie zmieni to mojej ogólnej niechęci do tego rządu. Trumpa też nie lubię, ale ostatecznie politycy nie są od lubienia, a swoje sympatie plasuję zupełnie gdzie indziej.

Swoją drogą paryska konferencja w sprawie rozwiązania w postaci dwóch państw (z wyłączeniem Gazy, która pozostanie Międzynarodowym Obiektem Nadzwyczajnej Miłości Wszystkich Bojowników o Sprawiedliwy i Trwały Pokój)  powinna naprawdę skłonić do przedstawienia propozycji rozwiązania w postaci 28 państw. Po Brexicie i w obliczu innych kłopotów, najwyższa pora zastanowić się nad własnymi problemami, a nie tylko nad cudzymi.  

Dwanaście lat temu pisałem o książce Larry Siedentopa pod tytułem Democracy in Europe. Siedentop uważa, że Unia Europejska jest nieprawdopodobnym sukcesem, liberalizacja handlu, koordynacja polityki ekonomicznej, a wszystko w drodze wzajemnych porozumień prowadzących do stopniowej integracji. Ceną jednak okazał się elefantiasis brukselskiej biurokracji. Sidentop twierdził, że powodem tego nieszczęścia jest brak solidnej konstytucji. Amerykańską konstytucję można sobie wsunąć do kieszeni koszuli, a jednak bardzo precyzyjnie definiuje, co wolno rządowi Stanów Zjednoczonych, a co pozostaje w kompetencji poszczególnych stanów. Unijne traktaty to cała ciężarówka papierzysk i nie ma na świecie człowieka, którzy rzeczywiście wie, co jest w środku. W efekcie króluje woluntaryzm urzędasów prowadzący do coraz silniejszych ruchów odśrodkowych.

A ponieważ nikt nie ma odwagi zaproponowania sprzątania w tej stajni Augiasza, więc różne konferencje na rzecz rozwiązania w postaci dwóch państw wydają się być najlepszym rozwiązaniem. Coś się dzieje, niczego tak naprawdę nie trzeba rozwiązywać, a przynajmniej Żydom można przy okazji dokopać. 







Andrzej Koraszewski to były dziennikarz BBC (także wiceszef polskiej sekcji) i współpracownik paryskiej „Kultury”. Z „Racjonalistą” w charakterze zastępcy redaktora naczelnego współpracował od września 2004 r. do grudnia 2013 r.


Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Andrzeja i Małgorzaty Koraszewskich LISTY Z NASZEGO SADU (listyznaszegosadu.pl)


Podziel się!
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *